Tatry :: Zdążyć przed roztopami – Samotnie na przełęcz Zawrat zimą

23.04.2023 :: Zawrat zimą: Brzeziny – Hala Gąsienicowa – Czarny Staw Gąsienicowy – Zmarzły Staw – Zawrat

Kalendarzowa zima dawno się skończyła. Ta w górach trwa jednak nadal w najlepsze. W Tatrach to idealny czas na bezpieczne, zimowe wycieczki. Dzień jest już znacznie dłuższy, jest więcej słonecznych dni, a śnieg już mocno związany i stabilny. W drugiej połowie kwietnia pojawiają się wreszcie okna pogodowe z niskim zagrożeniem lawinowym. Udaje mi się ukraść jeden weekendowy dzień z cennego czasu (który równie dobrze można by było spędzić z rodziną) na szybki, jednodniowy wypad w Tatry. Bardzo chcę jeszcze spróbować swoich sił w warunkach zimowych w Tatrach Wysokich. Niestety nikt ze znajomych nie może tym razem dołączyć. No cóż, lubię też takie samotne wędrówki. Przebywanie z samym sobą, swoimi myślami i górskimi wyzwaniami.

Mój wybór pada na słynną przełęcz Zawrat. Nigdy jeszcze tam nie byłem. To początek Orlej Perci i niejako łącznik w głównej grani tatrzańskiej pomiędzy Doliną Gąsienicową a Doliną Pięciu Stawów. Ja planuję wariant bodaj najszybszy: z Brzezin przez Halę Gąsienicową i powrót tym samym szlakiem. Zazwyczaj wyjście w rejon Hali Gąsienicowej zaczynałem z Kuźnic, ale w tym momencie trwa remont drogi dojazdowej w tamtym miejscu, przez co może być problem z parkingami, a busy kursują jedynie do miejsca znacznie oddalonego od startu szlaku. To dobry argument, żeby poznać alternatywną trasę, właśnie z parkingu w Brzezinach.

To już moje czwarte wyjście w Tatry tej zimy, więc przygotowania poprzedniego dnia zajmują znacznie mniej czasu niż wcześniej. Plecak spakowany, kanapki zrobione, herbata gotowa i można iść spać, bo budzik nastawiony na 3:30 rano. Niestety wciąż mam problem ze spokojnym snem przed takimi wyprawami, co nie pozwala mi porządnie wypocząć. No cóż, emocje…

Jak zwykle, w trasie z Krakowa do Zakopanego mam czas pomyśleć i posłuchać muzyki popijając całkiem przyzwoite espresso z ORLEN Stop Cafe. Dzięki temu czas za kierownicą mija bardzo szybko i już o 6:00 jestem na szlaku. Wraz ze mną startuje raptem kilka osób. Pogoda zapowiada się doskonale. Nie ma wiatru, jest lekki mróz i bezchmurne niebo. Późnym popołudniem zapowiadane jest zachmurzenie, ale mam zamiar już wtedy być w drodze powrotnej. Tym bardziej, że w miarę upływu czasu śnieg będzie topniał stwarzając potencjalne zagrożenie lawinowe. Warto się pospieszyć!

Czarny szlak rozpoczyna się w Brzezinach i prowadzi szeroką drogą przez las aż do samego schroniska Murowaniec. Droga może jest trochę jednostajna, ale wiedzie przez piękny dziki las i łagodnie wznosi się do wysokości 1500 m n.p.m., na której zlokalizowane jest słynne schronisko na Hali Gąsienicowej. Już półtorej godziny od startu melduję się w Murowańcu, żeby zrobić sobie krótką przerwę na drugie śniadanie. W schronisku o tej porze spotykam jedynie kilka osób, z których część najwyraźniej tutaj nocowała. Murowaniec, który wpisany jest do rejestru zabytków, zbudowano niemal dokładnie 100 lat temu.

Po półgodzinnej przerwie na II śniadanie znów jestem na szlaku, tym razem oznaczonym na niebiesko, który ma poprowadzić mnie przez Czarny Staw Gąsienicowy, a następnie Zmarzły Staw już do samego celu mojej dzisiejszej wyprawy. Zaraz za schroniskiem niebieski szlak odbija w lewo, podczas gdy żółty prowadzi dalej prosto w kierunku wyciągu krzesełkowego, by znaleźć swój kres przy górnej stacji kolejki linowej na Kasprowym Wierchu.

Ja oczywiście obieram kierunek południowo-wschodni zaczynając trawers niebezpiecznymi czasami stokami Małego Kościelca. To właśnie tutaj zimą 1909 roku zginął przysypany przez lawinę znany polski kompozytor, a także taternik, Mieczysław Karłowicz, czego upamiętnieniem jest symboliczny głaz ustawiony w tym miejscu. Widok jęzorów pozostałych po małych lawinkach przechodzących przez szlak daje do myślenia i motywuje do przyspieszenia kroku. Jeszcze tylko pokonanie bardziej stromego progu i docieram do kotła jednego z największych tatrzańskich jezior, Czarnego Stawu Gąsienicowego, ciągle jeszcze zamarzniętego.

Efektownie stąd prezentuje się zarówno Kościelec, jak i odcinek Orlej Perci z Kozim Wierchem i Kozimi Czubami. Równie duże wrażenie robi strome zimowe podejście żlebem na przełęcz Karb, którym pnie się właśnie kilku śmiałków. Jeszcze tylko kilka zdjęć i mogę ruszać przed siebie, przecinając zamarzniętą taflę stawu i oszczędzając dzięki temu kilka minut względem letniego wariantu szlaku poprowadzonego północno-wschodnim brzegiem. Wschodnie stoki Kościelców tutaj też usłane są jęzorami niewielkich lawinek spadających aż do tafli jeziora. Póki co jest jeszcze dość zimno i pokrywa śnieżna wygląda na razie na stabilną.

Kilka minut później jestem już na przeciwległym brzegu. Jeszcze rzut oka na idealnie gładką zaśnieżoną taflę i można zacząć piąć się na kolejny stromy próg, tym razem do położonego ponad 150 metrów wyżej, na poziomie niemal 1800 m n.p.m. Zmarzłego Stawu. Jak sama nazwa sugeruje, zbiornik pozostaje skuty lodem przez większą część roku.

Tutaj robię 10-minutowy postój, żeby się napić, coś zjeść i nacieszyć oko widokiem zapierających dech w piersiach szczytów otaczających dolinkę, tak bliskich i groźnych z tej perspektywy. Przy Zmarzłym Stawie znajduje się rozwidlenie szlaków. W lewo odbija kolor żółty, którym dojść można na Kozią Przełęcz lub też po osiągnięciu Dolinki Koziej zdecydować się na inną opcję osiągnięcia Orlej Perci. Pierwsza możliwość to Żleb Kulczyńskiego czarnym szlakiem, a drugą jest znakowane na zielono podejście na Zadni Granat, którym rok temu zdobyłem ten szczyt. Jest okazja, żeby zamienić kilka zdań ze spotkanymi tu innymi osobami zmierzającymi na Zawrat, czy też Granaty.

Ja jednak pozostaję wierny kolorowi niebieskiemu, zakładam kask, wyciągam czekam i zaczynam żmudne, choć z tej wysokości już nie takie przerażające podejście na Zawrat. O gęsią skórkę przyprawia tym razem coś innego, a mianowicie pomruki topionego lodu pomiędzy groźnymi czarnymi skałami Zawratowej Turni. Od czasu do czasu coś tam się osuwa i odrywa. W pewnym momencie całkiem solidny głaz z łoskotem przewala się przez skały, żeby następnie leniwie stoczyć się w dół żlebu przecinając szlak, którym zaraz mam zamiar piąć się do celu.

Ostatnie 300 metrów stromego podejścia pokonuję szybko, nawet nie wyjmując aparatu, zatrzymując się tylko na złapanie oddechu. Skupiam się na powtarzalnym cyklu: czekan, krok do góry, czekan, kolejny krok itd. Trzeba pewnie stawiać kroki, bo w przypadku upadku zjazd mógłby być dość dynamiczny…

Za mną dobrze wydeptanymi stopniami drepcze dwójka spotkanych wcześniej turystów, którzy również z niepewnością spoglądają na groźnie przewieszone nad głowami skały. Otuchy dodaje umieszczona w zagłębieniu ściany figurka Matki Boskiej, skąd już tylko kilka kroków do osiągnięcia przełęczy, na której melduję się punktualnie o godzinie 11. Biorąc pod uwagę co najmniej 45 minut postoju to mój czas jest nieco krótszy niż szacowany na mapach. Na miejscu spotykam jeszcze kilka osób, które już osiągnęły przełęcz, a po mnie dochodzi jeszcze parę kolejnych.

Na przełęczy robię sobie dłuższą przerwę na jedzenie, no i oczywiście fotografowanie panoram. Niezwykle pociągająca jest perspektywa zdobycia jeszcze Małego Koziego Wierchu, wydającego się być dosłownie na wyciągnięcie ręki. Nie będąc pewnym jakości mokrego już śniegu porzucam jednak tę kuszącą opcję. Doskonale widoczna jest stąd grań Szpiglasowego Wierchu. Jak na dłoni widać osoby podchodzące trawersem Miedzianego w kierunku Szpiglasowej Przełęczy. Kilka osób decyduje się na zejście z Zawratu na drugą stronę grani, w kierunku Doliny Pięciu Stawów Polskich. Szlak wygląda na znacznie łagodniejszy niż czekające mnie ostre zejście powrotną drogą na północ.

Do decyzji o rozpoczęciu zejścia przekonują mnie gromadzące się nad południowymi szczytami gęste chmury. Zdecydowanie wolę pokonać najbardziej stromy odcinek przy sprzyjającej aurze. Fragment do Zmarzłego Stawu właściwie zbiegam zapadając się w miękkim śniegu równolegle do ścieżki, którą pnie się w górę kilka osób. Byle szybko i jak najdalej od ściany Zawratowej Turni, z której co chwilę coś spada.

Do schroniska na Hali Gąsienicowej docieram dokładnie dwie godziny po rozpoczęciu schodzenia. W międzyczasie jeszcze oglądam się nie raz podziwiając i fotografując niezwykle piękne otoczenie Doliny Gąsienicowej. Cieszę się zimą, śniegiem, widokiem szczytów przy pięknej pogodzie. W Murowańcu funduję sobie dłuższą przerwę, po czym pędzę na parking w Brzezinach, gdzie o godzinie 15:40 kończę tę piękną zimową przygodę.

Jedna myśl w temacie “Tatry :: Zdążyć przed roztopami – Samotnie na przełęcz Zawrat zimą

Dodaj komentarz