Tatry :: Kościelec zimą. Pierwszomajowa wyprawa na Kościelec

Kościelec zimą – 1.05.2023 :: Brzeziny – Dolina Suchej Wody – Hala Gąsienicowa – Dolina Zielona Gąsienicowa – Karb – Kościelec

Długi majowy weekend obdarzył nas piękną pogodą, która aż prosiła się o wypad w góry. Ja co prawda dopiero tydzień wcześniej zdobyłem przełęcz Zawrat, ale w majówkę udało się powrócić w Tatry Wysokie. Podczas gdy na nizinach temperatura panowała już wiosenna (ok. 15 st. C), to w wyższych partiach gór oscylowała wciąż poniżej zera. To mnie tylko utwierdziło w przekonaniu, że właściwe zakończenie sezonu zimowego dopiero przede mną.

Kościelec zimą od zawsze mnie fascynował. Jest jednym z najbardziej charakterystycznych szczytów w Tatrach. Mimo, że nie zalicza się do najwyższych wierzchołków tatrzańskich wznosząc się na 2155 m n.p.m., to jego piramida góruje dumnie nad Doliną Gąsienicową przykuwając uwagę i jednocześnie budząc respekt. Z pewnością nie jest to trasa polecana dla początkujących. Przed wybraniem się na ten szlak warto mieć już pewne górskie doświadczenia. Słyszałem jednak od paru osób, że zimą trasa ta wydaje się być nawet łatwiejsza niż latem, kiedy to trzeba poradzić sobie z paroma bardziej eksponowanymi fragmentami skały. Szczególnie niebezpiecznie staje się, kiedy dodatkowo ta skała jest mokra.

Tym razem udało mi się dość wcześnie zasnąć i dość dobrze wyspać. O ile można tak powiedzieć o 4-godzinnym śnie. Tradycyjnie pobudka około 3:30, żeby już o godzinie czwartej być w samochodzie. Droga do Zakopanego o tej porze zajmuje mi prawie dokładnie półtorej godziny, więc już za kwadrans szósta byłem na czarnym szlaku maszerując z Brzezin łagodnym podejściem w kierunku Hali Gąsienicowej. Śniegu jest już znacznie mniej niż jeszcze tydzień wcześniej, choć na poziomie Hali wciąż pięknie i biało. Spomiędzy drzew zaczyna wyglądać prawie idealna piramida Kościelca, która z tej perspektywy robi wrażenie trudno dostępnej.

W schronisku Murowaniec jestem kilka minut po 7, więc bez pośpiechu pałaszuję II śniadanie i zbieram siły na kolejny etap wyprawy. Dzień jest piękny, niebo bezchmurne, a powietrze wyjątkowo przejrzyste. Cały czas oglądam się na lewo, gdzie pięknie prezentuje się grań Orlej Perci. Kościelec położony nieco bliżej wydaje się być wyższy, ale to tylko złudzenie. W rzeczywistości jest on o około 150 metrów niższy, niż sąsiednia Świnica.

Mimo święta, tłumów na szlaku o tej porze jeszcze nie ma. Spokojnym tempem docieram do dolnej stacji wyciągu krzesełkowego na Kasprowy Wierch, mijam go jednak kierując się czarnym szlakiem, który skręca tu lekko w lewo, prowadząc do Doliny Zielonej Gąsienicowej. Stąd wspaniałe wrażenie robi Świnica, na której zameldowałem się rok wcześniej o podobnej porze, jak również szlak prowadzący ostrym podejściem na Świnicką Przełęcz.

Po drodze mijam Stawy Gąsienicowe: Litworowy, Zielony, Długi i kilka mniejszych. Choć właściwie ciężko je zauważyć pod lodem i śniegiem. No ale gdzieś tu powinny być, jak pokazuje mapa. W pewnym momencie kolejny raz skręcam w lewo trzymając się teraz niebiesko oznaczonego szlaku łączącego Czerwone Stawki z Przełęczą Karb.

Idzie mi się świetnie, podejścia nie są bardzo wymagające, a śnieg ciągle jeszcze dobrze zmrożony i raki porządnie trzymają. Jeszcze tylko jeden bardziej stromy fragment i kilka minut po godzinie 9 melduję się na krótki postój na Przełęczy Karb (1853 m.). Tutaj spotykam kilka osób zmierzających w tym samym kierunku, co ja. Wymieniamy kilka zdań. Jeden chłopak właśnie schodzi i twierdzi, że do szczytu nie doszedł, bo końcówka ciężka i podobno mokry śnieg. Trochę nas to dziwi, bo warunki wydają się być wciąż wymarzone. Większa część szlaku, który z tego miejsca jest doskonale widoczny, chowa się jeszcze w cieniu, a zatem śnieg nie miał prawa się tak szybko stopić.

Wkrada się niepotrzebna nuta niepewności, ale decyduję się rozpocząć podejście i oceniać warunki na bieżąco. Zawsze przecież można zawrócić. Prawda? Od szczytu dzieli mnie już tylko 300 m różnicy wysokości i, przynajmniej według mapy, 50-minutowe podejście. Ruszam samotnie, do samego szczytu na trasie nie ma nikogo. Zimowy wariant poprowadzony jest teraz właściwie zupełnie prosto w górę po dobrze ubitych przez ostatnie kilka dni stopniach. Idzie mi się naprawdę bardzo sprawnie. Właściwie tylko w dwóch miejscach robię większy użytek z czekana. Zaraz przed szczytem są dość strome progi, gdzie przydaje się on do pomocy w czasie krótkiej wspinaczki.

No więc jestem! Po 45 minutach od startu z przełęczy staję samotnie na Kościelcu, kultowym szczycie polskich Tatr! Samotnością nie cieszę się jednak zbyt długo. Po kilku minutach dołącza do mnie para, z którą zamieniamy kilka zdań i robimy sobie nawzajem parę zdjęć. Rozbijam tu mały biwak na zjedzenie II śniadania. Jest dopiero godzina 10, a warunki zachęcają to zrobienia dłuższej przerwy w tak wyjątkowym miejscu.

Widoki z Kościelca nie są może bardzo rozległe, bo przesłania je od strony południowej i wschodniej grań Orlej Perci. Ale właśnie ta grań jest stąd świetnie widoczna: od Zawratu przez Kozi Wierch, po Granaty. Pięknie prezentuje się nieco poniżej Dolinka Kozia. Na południowym zachodzie króluje oczywiście Świnica.

W pewnym momencie mamy małą niespodziankę. Zupełnie bezszelestnie przelatuje nad szczytami szybowiec. To na pewno wymarzona pogoda na podziwianie tatrzańskich widoków z lotu ptaka.

Na szczycie spędziłem w sumie około 40 minut. Kiedy już odpocząłem, napiłem się i uwieczniłem na zdjęciach panoramy we wszystkich kierunkach, rozpocząłem drogę powrotną. Pół godziny później byłem już na przełęczy. Zrobiło się już znacznie cieplej, a śnieg w dolinie zaczął robić się mokry. Zdecydowanie lepiej szło się rano zmrożonym śniegiem. Jednak satysfakcja z realizacji celu i niesamowity klimat tego miejsca rekompensują te małe niedogodności. Cieszę oczy pięknymi widokami i niemal pustym szlakiem. Dopiero pod schroniskiem sytuacja zmienia się nie do poznania. Tłum ludzi, zawijana kolejka do bufetu, hałas. Mijam więc tym razem Murowaniec szerokim łukiem i gnam bez przystanku w stronę zaparkowanego w Brzezinach samochodu.

Dodaj komentarz