2.11.2023 :: Brzeziny – Dolina Suchej Wody – Hala Gąsienicowa – Czarny Staw Gąsienicowy – Karb – Kościelec – Dolina Zielona Gąsienicowa – Brzeziny.
Tatry późną jesienią. Kościelec.
Jesień w górach to zawsze trudny czas. A listopad szczególnie. Okna pogodowe przeplatają się z opadami deszczu i śniegu. Skała jest mokra, a gdzieniegdzie oblodzona. Wybór odpowiedniej trasy jest dużo bardziej istotny, niż w czysto letnich, albo typowo zimowych warunkach. Jesienią warunki zmieniają się diametralnie w miarę nabierania wysokości. Trzeba być przygotowanym na wszystko, również sprzętowo.
Po dwóch miesiącach od ostatniej, jeszcze letniej, choć już wrześniowej wspinaczki w Tatrach Wysokich, Góry mnie znowu wzywają. Umysł powoli zapomina o trudach poprzednich trekkingów, a ciało odzyskuje siły. Przyglądam się prognozom chyba od początku października. Wyzwanie takie, jak zawsze: trafić z pogodą w dzień, kiedy bez dużych poświęceń można wziąć wolne od pracy i domowych obowiązków. Choć na jeden dzień. To niby tak niewiele, a jednak przy kapryśnej pogodzie i napiętym grafiku całkiem spore wyzwanie.
W pierwszych dniach listopada w Tatrach będzie wiało. Halny. Ale jest iskierka nadziei, że najsilniejszy wiatr nadejdzie dopiero późnym popołudniem i w nocy z 2. na 3. listopada. Pojawia się więc plan na szybkie wyjście w góry w Zaduszki. Radek jest chętny, ale na jakąś krótką trasę, żeby był w stanie odebrać swoich chłopaków ze szkoły i przedszkola o godzinie 17. Da się zrobić, na przykład na Kościelec. Co prawda dopiero pół roku temu zdobyłem ten charakterystyczny tatrzański szczyt, ale to była pełnia zimy. Zupełnie inna bajka. A teraz? Skała, lód, śnieg? Zobaczymy. Na pewno zimno. Temperatura odczuwalna do -10 st. Wiatr ok. 30 km/h, w porywach może jednak wiać do 80 km/h. Decyzja zapada: jedziemy!
Pakujemy się
Jeśli to ma być wycieczka w stylu light and fast, to do plecaka najlepiej spakować tylko niezbędne rzeczy ograniczając wagę. Na pewno trzeba zabrać raczki, które powinny się sprawdzić przy ewentualnych oblodzeniach. W domu zostają raki, aparat fotograficzny i inne niekonieczne rzeczy. Waga plecaka poniżej 9 kg. Całkiem nieźle. Dorzucam jeszcze ciepłe zimowe rękawice.

No to w drogę!
Godzina 5:45. Parking w Brzezinach po remoncie, ale jeszcze przed oficjalnym odbiorem, więc chwilowo darmowy. Stoi raptem kilka samochodów. Ruszamy z poziomu 1000 m n.p.m. czarnym szlakiem. Jak to przy halnym, powietrze jest przejrzyste, kolory nieba o brzasku obłędne. Ale wiatru póki co nie słychać. Na delektowanie się widokiem mamy tylko moment zanim ścieżka nie wprowadzi nas do lasu.


W drodze do Murowańca odczuwamy coraz mocniejsze podmuchy. Las szumi złowrogo, czuć moc przyrody. Na szlaku nie spotykamy żywej duszy. Do schroniska na Hali Gąsienicowej docieramy po niecałej półtorej godziny. Chwila na odpoczynek i śniadanie. Tu już trochę ludzi jest. Ciekawe, gdzie się wybierają…


My nie próżnujemy. Po półgodzinnym przystanku w schronisku ruszamy dalej niebieskim szlakiem w kierunku Czarnego Stawu Gąsienicowego, który osiągamy kwadrans po godzinie 8. Stąd od razu zaczynamy strome podejście zakosami wśród kosówki na Mały Kościelec. Na grani dostajemy mocne podmuchy wiatru. Czasem trzeba przytrzymać się skał, żeby utrzymać się w pionie. Zakładamy kaski, bo stąd już tylko moment do przełęczy Karb, a dalej zaczyna się atak szczytowy z 300-metrową różnicą poziomów.




Na szczyt
Chciałoby się gdzieś schować przed tymi podmuchami wiatru, odpocząć, nacieszyć widokami. Ale nie ma gdzie się schować. Trzeba więc przeć do góry. Mija godzina 9, a my niemal przebiegamy przez przełęcz, żeby zacząć mozolne podejście zakosami. Póki co skała jest lekko mokra, ale nie bardzo śliska, więc zakładanie raczków zostawiamy na później. Ja jedynie żałuję, że nie zmieniłem softshella na membranę, bo wiatr w najmocniejszych porywach daje mocno w kość. Obie rzeczy robię dopiero w połowie podejścia do szczytu, nieco poniżej poziomu 2000 m, kiedy zaczyna pojawiać się lodowa powłoka na skalnych stopniach. Dodatkowo, czym wyżej, tym bardziej przysypana śniegiem.



Kościelec rozpala emocje nie tylko ze względu na swój wyjątkowo groźny wygląd. Nie ma tam też żadnych sztucznych ułatwień, jak łańcuchy czy klamry, które spotkamy na wielu innych bardziej ambitnych szlakach w Tatrach. Na podejściu znajdziemy kilka trudniejszych momentów, które wymagają użycia rąk. Jest kilkumetrowa rynna wyprowadzająca na próg skalny, wąski trawers rysą gładkiej granitowej płyty, czy wreszcie ostatni próg skalny przed szczytem, gdzie przydają się podstawowe umiejętności wspinaczkowe.
Sprawnie pokonujemy te skalne trudności i na pięć minut przed godziną 10 stajemy na spowitym chmurami skalnym wierzchołku Kościelca, gdzie swój kres ma czarny szlak. Stajemy… i o mało nie zostajemy z niego zdmuchnięci przez huraganowe porywy wiatru. Przykucamy i chwytamy się wystających skał, żeby utrzymać równowagę. Gdy wiatr na moment słabnie robimy kilka zdjęć, choć trzeba to robić szybko, żeby utrzymać aparat w ręce. No i trafić w moment, gdy na kilka sekund spośród chmur wyłaniają się sąsiednie szczyty, turkusowa tafla Czarnego Stawu, czy niewielka czarna plamka Zmarzłego Stawu. Wzrok szczególnie przykuwa właśnie rejon Koziej Dolinki i schodzących do niej z grani Orlej Perci skalnych żlebów przyprószonych miejscami białym puchem. Z tej perspektywy te ściany wyglądają naprawdę groźnie.




Jesteśmy na wierzchołku
Cała wizyta na wierzchołku zajęła nam dziesięć minut. Nie ma co liczyć na poprawę pogody i lepszą widoczność. Warunki nie sprzyjają dłuższej kontemplacji, czas ruszać w dół. Schodzimy, uważnie pokonując zmrożone trudności skalne, granitowe płyty, kominki i rynny. Czasem zatrzymuję się tylko, żeby uwiecznić na zdjęciu zieleń widocznej spod chmur Hali Gąsienicowej i turkus stawu kontrastujący z bielą ośnieżonego zbocza Kościelca. Czym niżej, tym niebo na północy się bardziej wypogadza, ale Tatry cały czas spowija gęsta pierzyna grafitowych bałwanów.



W międzyczasie okazało się, że moja przezorność wyszła mi na dobre. Oprócz cienkich rękawiczek, tzw. linerów i drugich, nieco cieplejszych, softshellowych, zabrałem też grubsze zimowe. Użycie rąk na zalodzonych i zaśnieżonych fragmentach skały sprawiło, że zarówno pierwsze, jak i drugie przemokły. Wspinaczka w czasie mroźnych podmuchów wiatru w mokrych rękawiczkach nie należała do przyjemności, więc dziękowałem opatrzności za to, że jednak dołożyłem te dodatkowe gramy do mojego bagażu podczas pakowania się. Uczucie komfortu suchych dłoni w czasie powrotu na parking w Brzezinach było bezcenne!






