Tatry :: Świnica – zimą na wierzchołek taternicki przez Świnicką Przełęcz

29.12.2023 :: Brzeziny – Dolina Suchej Wody – Hala Gąsienicowa – Dolina Zielona Gąsienicowa – Świnicka Przełęcz – Świnica Taternicka – Brzeziny.

Zima w tym sezonie przyszła niespodziewanie wcześnie, bo już na początku grudnia, z obfitym śniegiem i mrozem. Jednak równie szybko po kilku dniach śnieg zniknął zostawiając miejsce jesiennym deszczom. W górach warunki w kratkę – raz idealne, potem bardzo niebezpieczne. Jak zwykle musiało się nałożyć kilka czynników, żebym mógł wreszcie wybrać się na szlak i rozpocząć sezon zimowy w Tatrach. Taka szansa pojawiła się zaraz po Świętach Bożego Narodzenia, a jeszcze przed końcem roku. W pracy luźniej, warunki lawinowe stabilne – TOPR właśnie ogłosił lawinową „jedynkę”. Co prawda niektórzy głośno mówią o szklanych górach, czyli sytuacji, kiedy po opadach deszczu i odwilży przychodzi mróz i przykrywa wszystko warstwą lodu. Czujnie monitoruję więc sytuację, ale relacje osób, które właśnie w tych dniach przemierzały szlaki są jak najbardziej optymistyczne.

Podejmuję więc decyzję, żeby jeszcze przed Nowym Rokiem wybrać się w polskie góry z zamiarem zdobycia jakiegoś ciekawego szczytu. Wybór pada na królową polskich Tatr – Świnicę. Co prawda niemal dwa lata wcześniej razem z Radkiem stanęliśmy już na jej taternickim wierzchołku, ale jest to na tyle atrakcyjna wspinaczka, że warto ją powtórzyć. Tym bardziej, że tym razem mam ambicję dostania się na szczyt stromym podejściem z Hali Gąsienicowej na Świnicką Przełęcz, podczas gdy poprzednim razem wybraliśmy łagodniejszy wariant przez Kasprowy Wierch, Beskid i Skrajną Turnię.

Tym razem wyruszam sam. Radek ma swoje obowiązki zawodowe i nie może dołączyć do tej wyprawy. Raz na jakiś czas lubię pobyć sam w górach. To oczyszczające doświadczenie. Kiedyś wydawało mi się, że samotna całodzienna wędrówka będzie okazją do przemyślenia niektórych spraw. Przekonałem się jednak, że to właśnie skupienie na wyzwaniu, na tym co jest tu i teraz, jest najbardziej oczyszczające. W wymagającym górkim terenie, a szczególnie w zimie, każdy krok jest ważny. Potrzeba maksymalnego skupienia, żeby uniknąć niepotrzebnego błędu. A to nie pozwala na myślenie o innych sprawach. To takie wyłączenie się z codzienności, zamknięcie na chwilę drzwi do normalności.

Mój poranny rytuał jest niezmienny. Pobudka 3:30. Wyjazd z domu 4:00. Po drodze kawa na ORLEN-ie. Tradycyjnie do Brzezin docieram mniej więcej kwadrans przed godziną 6. Na szlak ruszam w ciemności oświetlonej światłem czołówki. Na trasie nie ma nikogo. Od czasu do czas spośród chmur wygląda złoty księżyc tworząc bladą łunę nad groźnie wyglądającym lasem. Po godzinie 7 robi się już jaśniej i zdecydowanie przyjemniej. Dziesięć minut przed godz. 8 jestem już na śniadaniu w Murowańcu.

To, co mnie teraz najbardziej niepokoi to moje pięty. Nowe buty najwyraźniej jeszcze się nie ułożyły i obcierają mnie właśnie na piętach. W apteczne na szczęście mam plastry, więc dla pewności naklejam je na obtarte bolące miejsca. Mam nadzieję, że to pomoże.

Po półgodzinnym odpoczynku w schronisku zakładam raki i ruszam dalej. Kolejny etap trasy znam z mojego poprzedniego zimowego wejścia na Kościelec. Trasa wiedzie najpierw żółtym szlakiem przez Roztokę Stawiańską w stronę Kasprowego Wierchu, po czym skręca w lewo przy dolnej stacji wyciągu krzesełkowego w kierunku Doliny Zielonej Gąsienicowej, trzymając się następnie czarnych oznaczeń aż do samej Świnickiej Przełęczy. Idę spokojnym tempem, starając się nie zrobić za dużo krzywdy moim stopom. Słońce powoli wychyla się zza grani pięknie oświetlając chmury przetaczające się nad szczytami. W dolinie podmuchy wiatru nie są zbyt dokuczające, ale na grani musi na pewno mocno wiać. No cóż, przekonamy się niedługo.

Mijam zamarznięty Zielony Staw, a następnie odbicie niebieskiego szlaku w lewo w kierunku przełęczy Karb, po czym robię krótki postój na wyciągnięcie czekana i założenie kasku. Od tego momentu teren robi się już znacznie bardziej stromy, do ok. 35 stopni nachylenia. Śnieg jest zbity i dość twardy, szlak jest dobrze przetarty z wybitymi w śniegu stopniami, co znacznie ułatwia podejście.

Po godzinie 10 docieram do Świnickiej Kotlinki, gdzie teren się wypłaszcza przed finalnym podejściem na przełęcz. Od tego momentu jest już co raz bardziej stromo, trzeba zachować czujność i stawiać pewnie każdy krok. Kilkadziesiąt metrów przed przełęczą żleb się zwęża między skałami, a nawis śniegu zalegającego na przełęczy wygląda niesamowicie, a zarazem groźnie. To finalne, niemal pionowe podejście wymaga już maksymalnego skupienia i pewnego użycia zarówno czekana, jak i przednich zębów raków. Tutaj znaczenie ma specyfika obecnych warunków śniegowych. Pod twardą, ale cienką skorupą lodową zalega spora warstwa puchu, który w ogóle nie trzyma! Żeby mocno i pewnie wbić raki i dziób czekana trzeba dokopać się głębiej.

Jeszcze tylko kilka kroków i… huraganowy wiatr tysiącami drobnych okruchów lodu i śniegu uderza mnie w twarz. Wdrapuję się ponad próg i jestem na Świnickiej Przełęczy. Jest pięknie, słonecznie, ale gdzie tu się schować przed tym wiatrem? Zakładam szybko membranę, która niemal zupełnie odłącza mnie od panujących warunków atmosferycznych. Robię krótki postój na uzupełnienie płynów i rozpoczynam ostatni etap podejścia.

Świnica ma dwa wierzchołki różniące się wysokością o 11 metrów. Wyższy, główny wierzchołek ma 2302 m n.p.m. i to na niego prowadzi letni znakowany szlak. Natomiast drugi, niższy, zwany taternickim, nie jest oficjalnie dostępny turystycznie, choć jest rekomendowany w warunkach zimowych. To właśnie na wierzchołek taternicki dziś zmierzam. Wspominałem już, że byłem tutaj niemal dwa lata wcześniej, w marcu 2022 roku, ale tym razem szlak poprowadzony jest inaczej. Pamiętam, że poprzednio szliśmy z Radkiem bardziej na prawo, bliżej południowego zbocza, a tym razem ścieżka wiedzie znacznie bliżej grani. Mijam ciekawe formacje skalne i stopniowo zdobywam wysokość metr po metrze w niesłabnącym wietrze.

Wreszcie po ostatnim fragmencie trawersu wąskiej grani staję na wierzchołku! O dziwo nie wieje tutaj mocno. Jest już po godz. 12. Przez nieoczekiwany problem z obtarciami droga zajęła mi więcej czasu niż przypuszczałem. Nie zaprzątam sobie jednak tym głowy. Nigdzie się nie spieszę. Podziwiam przepiękną panoramę roztaczającą się ze szczytu. Od strony wschodniej na pierwszym planie efektowne szczyty Orlej Perci i ostra grań do głównego wierzchołka Świnicy. W tle doskonale widoczne Tatry Bielskie, a następnie słowackie Tatry Wysokie: Jagnięcy, Kołowy, Baranie Rogi, Durny. Obok piękne sylwetki Lodowych Szczytów, następnie Pośrednia Grań i Jaworowy Szczyt. Dalej na prawo Świstowy, Sławkowski i Mała Wysoka. Od strony zachodniej natomiast piękna panorama Tatr Zachodnich.

Na szczycie Świnicy spędziłem ponad 20 minut chłonąc widoki i robiąc zdjęcia. Oprócz mnie na wierzchołku było jeszcze kilka osób, które wcześniej już spotkałem na trasie. Ale, jak mawia Krzysztof Wielicki, wyprawa jest udana, jeśli zdobędzie szczyt, ale szczęśliwa jest wtedy, kiedy bezpiecznie wróci. Czas więc zacząć zejście. Pół godziny później, bez przygód po drodze jestem już z powrotem na przełęczy. Teraz znowu trzeba się zmierzyć z pionowym odcinkiem zejścia żlebem. Czekam, aż osoby przede mną zejdą na bezpieczną odległość, żeby nie zagrażały im spadające odłamki lodu i śniegu, i zaczynam zejście. Oczywiście przodem do ściany, na przednich zębach raków i z mocno wbijanym czekanem. Po kilku chwilach zbocze robi się już trochę łagodniejsze i można schodzić już normalnie, przodem do kierunku marszu. Idę nieco na lewo, poza utarty szlakiem. Tutaj głęboki śnieg ugina się pod stopami, amortyzując każdy krok, dzięki czemu mogę znacznie przyspieszyć zejście.

Po kolejnych trzydziestu minutach jestem znowu w Dolinie Zielonej, nad zamarzniętymi stawami. Tu już nie wieje, jest ciepło, można zdjąć bluzę, kask i cieszyć się widokami. Po drodze spotykam kozicę, która nic sobie nie robiąc z mojej obecności, ze smakiem obgryza wystające spod śniegu gałązki krzewów. W Murowańcu robię jeszcze jeden postój na zdjęcie raków i żeby dać odpocząć uszkodzonym stopom. Półtorej godziny później już po zmroku w świetle czołówki docieram do parkingu w Brzezinach, gdzie kończy się moja udana i szczęśliwa wyprawa.

Świnica zimą

Dodaj komentarz